sobota, 21 września 2013

Alex Hepburn - Together Alone

chillsoundsgoodmusic
Alex Hepburn udało się oszukać wszystkich. W zasadzie to mogę powiedzieć, że mieliśmy tu do czynienia z jedną z ciekawszych muzycznych akcji marketingowych ostatnich lat. Bo kto wydaje najsłabszy utwór na płycie jako pierwszy singiel? Przepraszam wszystkich, którzy uważają "Under" za arcydzieło, jednak w mojej opinii to po prostu dobry, radiowy track, na pewno lepszy od tego, co proponują nam rozmaite Miley Cyrus czy inne Seleny Gomez, jednak wciąż niezbyt wyróżniający się utwór, doskonale pasujący do tego, co namiętnie wałkują polskie stacje radiowe. 

Zacznijmy jednak od początku - Alex Hepburn to niespełna 27-letnia brytyjska wokalistka. W zeszłoroczne wakacje wydała debiutancką EP-kę, w kwietniu tego roku przyszła pora na pierwszy longplay zatytułowany "Together Alone". Alex na "lead single" wybrała utwór "Under", który szybko przypadł do gustu słuchaczom i pokazał największy atut londyńskiej wokalistki - jej niesamowicie charakterystyczny, zachrypnięty głos. Muszę przyznać, że dopóki nie natrafiłem gdzieś na teledysk do "Under" byłem pewien, że utwór ten śpiewa facet. Gdy już zostałem olśniony, track nabrał dla mnie trochę na wartości, jednak wciąż nie była to zachęta do przesłuchania całego albumu. Ot, mamy kolejną gwiazdkę, której przyszła popularność zależy od tego, czy wpasuje się w aktualne preferencje mainstreamu. Na początku powiedziałem jednak, że pannie Hepburn udało się oszukać wszystkich - nawet jeżeli była to przesada, na pewno oszukała mnie. Bo ta "prawdziwa" Alex, która zajmuje prawie całą płytę brzmi tak:

"Pain Is"



Tak jest, Alex Hepburn osadziła "Together Alone" głęboko w soulowo-bluesowych korzeniach, sprawiając, że przy przesłuchaniu albumu, w głowie co chwila przewijają się wspomnienia o nieśmiertelnej Janis. Nie będę Was jednak oszukiwać - nie cała płyta jest taka, co nie zmienia jednak faktu, że jak dla mnie na longplayu nie ma zbędnych utworów, co w mojej opinii zdarza się niezwykle rzadko, a albumy takie wymienić mogę na palcach pięciu rąk. Płytę podzielić można w zasadzie na dwie części - połowa utworów to stylowe kawałki w "retro" klimatach, nawiązujące do najlepszych dokonań bluesa i soulu. Druga część to tracki, które nadal czerpią z dorobku tych gatunków, jednak mają wokół siebie bardziej współczesną, popową otoczkę, zbliżając się do tego, co od lat świetnie wychodzi P!nk. Tak jak Alecia Moore, również i Alex Hepburn czasem niebezpiecznie balansuje na granicy kiczu i arcydzieła, łącząc klasyczne gatunki z popem, ani razu jednak tej cienkiej linii nie przekraczając. W ten sposób w zasadzie można podsumować całą płytę - duch Janis Joplin, bliskość P!nk, trochę Adele i Amy Winehouse (płytę masterował Tom Coyne, współpracujący również ze wspomnianymi artystkami), a na pierwszym planie fenomenalny wokal głównej bohaterki.

Rzadko opisuję na chillsoundzie coś mainstreamowego, bo też nie taki jest cel tego bloga, jednak w przypadku Alex Hepburn nie mogłem się oprzeć. Dziewczyna wzięła mnie z zaskoczenia i sprawiła, że jej album gra w moich głośnikach w zasadzie nieprzerwanie od kilku ładnych godzin. Udało jej się nawet przekonać mnie do "Under" - teraz gdy słyszę je w radiu wiem już, że coś, co wcześniej uznawałem jedynie za dobry, radiowy track, jest najsłabszym elementem świetnego albumu. Zalecam zapoznanie się z całym "Together Alone", bo jest on lepszy od większości tego, co ma do zaproponowania główny nurt muzyczny - a wspomniane na początku Miley Cyrus i Selena Gomez niech posłuchają słów pierwszego utworu na płycie - "Shut your mouth, Miss Misery"...

"Miss Misery"




Alex Hepburn znajdziecie tu:

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza