sobota, 27 września 2014

TĀLĀ - Alchemy

chillsoundsgoodmusic
TĀLĀ weszła na muzyczny rynek niczym Rosja na teren Ukrainy - mówiąc krótko - z pierdolnięciem. Jeszcze na początku 2014 roku była nikomu nieznaną artystką, natomiast dziś jej debiutancka EP-ka "The Duchess" ma ponad pół miliona zasłużonych wyświetleń na Soundcloudzie. Londyńska producentka nie spoczęła jednak na laurach, czego efektem "Alchemy" - tytułowy utwór z nadciągającej wielkimi krokami kolejnej EP-ki TĀLI.

Dziewczyna lubi eksperymentować - słychać było to na "The Duchess", słychać również w najnowszym tracku. Połączenie chłodnej, niebanalnej elektroniki z arabskimi rytmami wydaje się być ryzykownym krokiem - jednak w przypadku TĀLI sprawdza się znakomicie. Nie jest to oczywiście typ muzyki, który każdemu przypadnie do gustu, mnie jednak satysfakcjonuje i sprawia, że z niecierpliwością czekam na całą EP-kę. Każdemu, komu spodoba się "Alchemy" polecam przesłuchanie wcześniejszych dokonań artystki.


Linki:

Yeo - KOBE / Always Open

chillsoundsgoodmusic
Yeo na scenie muzycznej działa już od 2006 roku i znany jest z tego, że nie przywiązuje się zbytnio do danego gatunku muzycznego. W trakcie swojej kariery bawił się już folkiem, r&b czy szeroko pojętą alternatywą. Przez cały czas pozostawał jednak w cieniu, zainteresowanie wzbudzając dopiero wydanym już prawie rok temu utworem "Girl". Minimalistyczny, elektroniczny track sprawił, że wokół nagrywającego w Melbourne Australijczyka zrobiło się głośno. I choć porównania do takich artystów, jak Jai Paul, jak zwykle okazały się być trochę na wyrost, to jednak Yeo z pewnością jest postacią wartą naszego zainteresowania.

Na chillsounda trafia dzięki wydanej ponad tydzień temu EP-ce o nazwie "Come Find Me". Na minialbumie znajdziemy 4 utwory i jeden remix - i wbrew pozorem, to wcale nie "Girl" jest najsilniejszym punktem tego wydawnictwa. W mojej opinii na pierwszy plan zdecydowanie wysuwa się "KOBE" -  track, którego niesamowicie optymistyczny elektroniczny hook zostanie mi w głowie na długi czas. W kontraście do niego pozostają dość spokojne zwrotki, niejednokrotnie ubarwione fajnie wykorzystanymi, syntetycznymi dźwiękami. To jednak właśnie powtarzający się kilkukrotnie bridge stanowi o sile utworu - trochę żal, że poznałem go dopiero dziś, bo z pewnością stanowiłby idealny soundtrack pod wakacyjne wspomnienia.

Nie mniejsze wrażenie zrobił na mnie "Always On My Mind" z przytłumioną gitarą w tle. Po raz kolejny mamy tu do czynienia z nienachalną elektroniką, dzięki której uśmiech po raz kolejny pojawia się na naszych ustach. Utwór ten jest zdecydowanie bardziej "surowy" od swojego poprzednika, jednak również w tym przypadku najważniejszą jego zaletą jest melodyjność. Yeo ma smykałkę do tworzenia zgrabnych i zapadających w pamięć kompozycji, które podświadomie nucimy jeszcze przez długi czas od przesłuchania utworu. Z chęcią przyjrzę się jego kolejnym produkcjom.

"KOBE"



"Always Open"



Linki:

niedziela, 29 czerwca 2014

SomeKindaWonderful

chillsoundsgoodmusic
Debiutancki album grupy SomeKindaWonderful usłyszałem już w czwartek, stwierdziłem jednak, że najbezpieczniej będzie poczekać z publikacją postu do weekendu. Zdecydowałem, że lepiej ochłonąć i dać sobie odrobinę czasu na zastanowienie się czy płyta ta rzeczywiście jest tak dobra, jak wydawało mi się to po pierwszym przesłuchaniu. Dziś mamy niedzielę, a debiut amerykańskiego bandu w zasadzie nieprzerwanie rozbrzmiewa w moich głośnikach - zapewne więc domyślacie się, jaki jest werdykt.

Zacząć powinienem przede wszystkim od podziękowań dla wytwórni Interscope, dzięki której recenzja ta w ogóle może powstać. Jeszcze jakiś czas temu wokalista SomeKindaWonderful - Jordy Towers, zajmował się wyłącznie rapem, należał do owej wytwórni i miał w niej status złotego chłopca, na którym można było zarobić kupę forsy. W tym celu należało jednak zmienić podejście Jordy'ego jako artysty, na co on zdecydowanie się nie godził - Interscope postanowiło więc spróbować z kim innym, a Towers został na lodzie. Pomimo tego, że na ponad rok wyleciał z muzycznego światka, Jordy nie poddał się, dzięki czemu powstało SomeKindaWonderful - jeden z najlepszych zespołów, jakie miałem okazję słyszeć w tym roku.

Debiutancki album grupy to niesamowita porcja muzycznego eklektyzmu - i choć w przypadku wielu artystów, takie podejście to samobójczy strzał w głowę, SomeKindaWonderful poradzili sobie z serwowaną przez samych siebie różnorodnością gatunkową perfekcyjnie. Gdybym miał jak najkrócej podsumować dwanaście utworów składających się na debiutancką płytę grupy, powiedziałbym tak - mocna, ale nieprzesadnie agresywna elektronika, sporo gitar oraz fenomenalny wokal Jordy'ego Towersa. Są to w zasadzie trzy fundamenty, na których zbudowany został pierwszy longplay bandu. SomeKindaWonderful stawiają na owych fundamentach poszczególne cegły w bardzo wysmakowany sposób, dzięki czemu ich debiut to międzygatunkowa podróż, w trakcie której ani przez chwilę się nie nudzimy.

Rozpoczynający płytę utwór "Cornbread" stanowi niezwykle mocne intro, które w paru momentach przywodzi na myśl klasyczne nagrania grupy Aerosmith - nie ma chyba lepszej rekomendacji, która może zachęcić wielbicieli muzyki do zapoznania się z SomeKindaWonderful. Myliłby się jednak ten, kto pomyśli, że tak będzie już do końca płyty. Dwa utwory potem mamy "Hard For Days", przy którym czułem się jakby spełniło się moje marzenie - powrócił Fort Minor. To właśnie przy tym tracku po raz pierwszy słychać, że Jordy był kiedyś raperem, co przy innych utworach wydaje się wręcz niewiarygodne. Wybrane na pierwszy singiel "Reverse" prezentuje innowacyjne podejście do bardzo oklepanego tematu, jakim jest zdrada i rozstanie - jak wskazuje to tytuł, treść utworu przedstawiana jest od końca. Kolejna zmiana pojawia się przy "Devilish Man" - to bluesowo-soulowo-country track, który mógłby pojawić się w soundtracku do dobrego, hollywoodzkiego westernu. Nie ma sensu opisywanie każdego utworu z osobna - musicie sprawdzić to sami, ta płyta to naprawdę jeden z najlepszych albumów tego roku. Przemawia za tym każdy track - nawet biesiadno-radośny "Burn For Me" zwieńczający longplay wpisuje się w koncepcję całego albumu i nie psuje odbioru całości.

Jestem pełen podziwu dla całego zespołu - SomeKindaWonderful grają bardzo dobrze, kompozycje są spójne, przemyślane i różnorodne, a wokal i wszechstronność Jordy'ego Towersa budzą zachwyt. Dlatego nie przegapcie ich - SomeKindaWonderful to dla mnie póki co najgorętsza nazwa na liście tegorocznych debiutantów, a konkurencja musi przeskoczyć niezwykle wysoko ustawioną poprzeczkę. Poniżej trzy utwory z albumu, reszty posłuchać możecie np. na soundcloudowym profilu bandu:

"Reverse"



"Laugh Out Loud"



"Police"



Więcej o bandzie znajdziecie tu:
facebook
twitter
oficjalna strona

czwartek, 26 czerwca 2014

Kailo - Need Ya (ft. Aela Kae)

chillsoundsgoodmusic
Kailo to australijski beatmaker, który zadebiutował w zeszłym roku EP-ką o nazwie "Say That Way". Od tamtej pory milczał, wydając tylko dwa nowe utwory i jeden remix. Milczenie właśnie zostało przerwane - producent zapowiedział kolejny minialbum, który nosić ma tytuł "NINETIESGIRL".

Jeżeli dziewczyny z lat '90 były uśmiechnięte, radosne i niosły pozytywną energię, to Kailo perfekcyjnie odwzorował to w pierwszym tracku zwiastującym jego drugą EP-kę. "Need Ya" to niesamowicie przyjemny w odbiorze utwór, dzięki któremu na twarzy automatycznie wykwita szeroki uśmiech. Soulowy sampel w połączeniu z nowoczesną elektroniką i niezwykle miłym dla ucha wokalem Aeli Kae tworzy track idealny do odtworzenia z samego rana - pozytywny dzień gwarantowany!


Kailo szukajcie tu:

We The Wild - Trampoline / Paper Plane

chillsoundsgoodmusic
Bardzo się w tym miesiącu na chillsoundzie brytyjsko zrobiło, nic jednak nie poradzę na to, że od kilku dni ponad połowa dobrych utworów, na które wpadam, to produkcje rodem z Londynu i okolic. Tak samo jest z poznanym przeze mnie dziś duetem We The Wild.

Grupę tworzą Ant West i Casey Roarty, którzy tworzą wspólnie muzykę od momentu, w którym się poznali - a mieli wtedy 15 lat. Swoją twórczość zaprezentowali światu jednak dopiero rok temu, przy okazji premiery ich debiutanckiej EP-ki, zatytułowanej "Vol. I" (polecam przesłuchać - jeżeli spodobają się Wam "Trampoline" i "Paper Plane", EP-ka też nie zawiedzie). Szybko okazało się, że chłopaki mają też smykałkę do remixów, dzięki czemu spod ich rąk wyszły przeróbki utworów takich artystów jak Bipolar Sunshine czy grupy White Lies. We The Wild szykują się właśnie do wydania drugiej EP-ki, która nazywać się ma (zaskoczenia nie ma) - "Vol. II". Minialbum zapowiada track "Trampoline", który jest przykładem bardzo fajnego i łatwo wpadającego w ucho alternatywnego popu.



Tę samą EP-kę zwiastuje również wydany miesiąc temu "Paper Plane" - równie dobry, zaczynający się bardzo spokojnie i stopniowo rozwijający się utwór, który pozwala mieć nadzieję na to, że "Vol. II" będzie EP-ką bardzo równą. Warto mieć na We The Wild oko - komentarze czytelników wskazują na to, że chłopaki bardzo dobrze radzą sobie również w graniu na żywo, z czego wnioskuję, że jeszcze nieraz o nich usłyszymy.



We The Wild znajdziecie tu:

środa, 25 czerwca 2014

Es-K - Reminisce (ft. MC Dialect, Charmingly Ghetto, M-Dot & S.Dub) (Chromadadata Remix)

chillsoundsgoodmusic
Przyznam, że o Es-K miałem dziś okazję usłyszeć po raz pierwszy, jednak było to zdecydowanie miłe doświadczenie. Amerykański beatmaker i producent znany był do tej pory przede wszystkim ze swojej serii Spontaneous Grooves, pewne przykre wydarzenia z życia skłoniły go jednak do wydania pierwszego pełnoprawnego longplaya. Nie jesteśmy tu jednak po to, by mówić o przykrych sprawach - przesłania domyślić możecie się choćby z tekstu poniższego tracku. Skupmy się na rzeczach zdecydowanie przyjemniejszych, czyli jakości utworu "Reminisce" pochodzącego z albumu "Serenity".

Track ten to oldschoolowy, chillujący przykład hip-hopu z bardzo wysokiej półki. Szacunek należy się tu producentom - zarówno główny autor, jak i wspomagający Chromadadata spisali się wyśmienicie, jak i udzielającym się wokalnie raperom - każdy z nich wykonał naprawdę dobrą robotę. "Reminisce" to, pomimo skłaniającego do refleksji wydźwięku, idealny, optymistyczny, wakacyjny track, dzięki któremu możemy pobujać się w rytm perfekcyjnie płynącego beatu.


Es-K znajdziecie tu:

Black Honey - Sleep Forever

chillsoundsgoodmusic
Nie mam pojęcia kim jest, nie mam pojęcia skąd jest, nie wiem nawet jak wygląda, jednak nie sposób nie ulec urokowi piosenki artystki podesłanej mi przez londyńską wytwórnię Duly Noted Records.

"Sleep Forever" to pierwszy utwór wokalistki (zespołu?) ukrywającej się pod pseudonimem Black Honey. Już od pierwszych dźwięków nie sposób powstrzymać się od porównań do Lany del Rey - zarówno gęsty i powolny klimat utworu, jak i samo brzmienie wokalu oraz sposób śpiewania niesamowicie przypominają styl nowojorskiej gwiazdy. Jako wierny fan Lany nie mam do tego żadnych zastrzeżeń - wysoka sprzedaż jej albumów z pewnością stanowi dość dobrą zachętę do naśladowania. Należy jednak zaznaczyć, że "Sleep Forever" nie jest kopią żadnego z utworów del Rey, pomimo tego, że równie dobrze mógłby znaleźć się na "Born To Die" i nikt nie zauważyłby, że nie jest elementem tracklisty tego albumu. Różnicę pomiędzy artystkami zauważyć można dopiero przy drugiej zwrotce, gdy piosenka nabiera tempa, a Black Honey rozkręca się i zmienia tembr głosu na taki, z którego Lana jednak nie korzysta.

"Sleep Forever" to debiut równie magnetyczny i przyciągający uwagę słuchacza, co "Video Games". Niewiadomą pozostaje jedynie odpowiedź na pytanie, czy Black Honey uda się podtrzymać równie wysoki poziom przy kolejnym singlu oraz wykreować postać tak charyzmatyczną i uwielbianą, jak Lana.



Black Honey szukajcie tu:
twitter