W niedzielny poranek na Facebookowym profilu chillsounda zapraszałem obecnych w Warszawie na premierę trzeciej EP-ki duetu Divines. Bijąc się w pierś przyznaję, że wcześniej o Divines nie słyszałem (a supportowali Crystal Fighters!), jednak gdy tylko przesłuchałem teaser EP-ki, a następnie ich wcześniejszych dokonań, wiedziałem, że warto Was o tym evencie poinformować.
Jako, że Divines goszczą tu po raz pierwszy, czas na odrobinę formalności: na duet składają się Piotr Uaziuk oraz Lulu Zubczyńska, nagrywają w Warszawie, a ich najnowsza EP-ka zawiera trzy utwory i nosi tytuł Yung Nites. Minialbum promuje tytułowy utwór, do którego nakręcony został również klip. Utwór jest dobrym dowodem na to, że w Polsce też umiemy zrobić porządny electropop. Teledysk stanowi natomiast przysłowiową wisienkę na torcie - wiem, że się powtórzę, ale zarówno track, jak i klip są takie... niepolskie ;) Mam nadzieję jednak, że wkrótce będzie to już w naszym kraju standard. Całej EP-ki możecie posłuchać na soundcloudowym profilu zespołu.
Przez 20 lat współtworzył zespół Proletaryat, niedawno jednak wykonał zwrot o 180 stopni, zaskakując wszystkich singlem zwiastującym jego pierwszy solowy album. Z Siemionem rozmawiałem o płycie "Poza Stadem" i o tym, co skłoniło go do tak radykalnej zmiany twórczości.
Zacznijmy od tytułu Twojej nadchodzącej
płyty, która nazywać się będzie „Poza stadem”. Czy jest to po prostu nawiązanie
do faktu, iż to Twoje pierwsze solowe wydawnictwo, czy też za nazwą tą stoi
również jakaś inna historia?
I
jedno i drugie. Jest to faktycznie pierwszy solowy album ale jednocześnie na
tytuł miał wpływ fakt, że powstał on w zupełnie innym regionie świata i to, że
słychać w nim taką trochę alienację. Jest to w warstwie tekstowej, muzycznej
zresztą chyba też, rzecz przeznaczona głównie dla ludzi, którzy myślą. Takie
było założenie. Nagle stanąłem z boku wszystkiego i byłem sam. Strasznie dużo
mógłbym o tym mówić, ma to bardzo dużo znaczeń, na pewno nie jest to nazwa
nadana tak po prostu.
Jeżeli chodzi o pracę w studio, to wolisz
być „Poza stadem” i pracować nad płytą solo, czy w grupie, tak jak przez 20 lat
z zespołem Proletaryat?
To
są zupełnie inne doświadczenia. Jak się pracuje z grupą, w ten sposób, że się
robi płytę i jest wynajęte studio, to jest tzw. deadline, czyli termin, który nas
goni. Jest to jeden z najistotniejszych elementów przy nagrywaniu płyty
niezależnie od tego czy to będzie własny album, czy nagrany z zespołem. Kiedy
chodziłem w Wielkiej Brytanii do szkoły, jeden z producentów mi powiedział: „musisz wiedzieć co chcesz zrobić i kiedy chcesz
to zrobić, inaczej nigdy tego nie dokończysz”. Z zespołem zawsze jest to oczywiste
– masz dwa tygodnie, wcześniej musisz mieć gotowe piosenki i umieć je zarówno zagrać,
jak i nagrać. Tworzenie płyty solo to inne doświadczenie – samemu zawsze można
sobie w płycie „grzebać”, o ile ma się własne studio nagraniowe. Ja wpadłem na
pomysł, żeby wyznaczyć sobie taki deadline i to był konkretny termin, konkretny
dzień. Tego dnia przestałem pracować nad płytą, aczkolwiek parę miesięcy
później znowu zacząłem przy niej majstrować. Jest tak: wolę pracować sam kiedy
komponuję, a potem pracować z kimś, kiedy doaranżowuję te piosenki. Świetnie mi
się nagrywało tę płytę samemu, ale odnoszę wrażenie, że drugi album, nad którym
sobie już teraz troszeczkę pracuję, postaram się nagrać na żywo w studio, z
zespołem, bo to też świetne przeżycie. Jest to więc bardzo, bardzo trudny wybór.
Jak długo powstawała tak naprawdę ta płyta?
Nie chodzi mi tylko o realną pracę nad nią, lecz cały proces - od momentu, gdy
myśl o niej narodziła się w Twojej głowie.
Parę
lat. W pewnym momencie swojego życia przyjechałem tu, do Edynburga. To jest
bardzo dziwne miasto - miasto duchów. Nawet na autobusach są czasami takie
ogłoszenia, że tylko duchy podróżują w nocy za darmo, a śmiertelni muszą
płacić. Mieszkałem 500 metrów od bardzo słynnego miejsca wśród ludzi z całego
świata, którzy śledzą życia pozagrobowe i inne paranormalne rzeczy. Czasami im
się coś uda nawet nagrać, czasami nie. Było tak, że w pewnym momencie coś we
mnie pękło, coś się złamało i ułożyłem sobie pierwszą piosenkę, która spowodowała,
że się polubiliśmy z miastem. Jeżeli chodzi o całą płytę to myślę, że około pięciu
lat. Najwięcej czasu zabrało mi szukanie siebie samego, tego dokąd zmierzam,
gdzie jestem. Właściwie zaczęło się od rytmów bardziej cygańsko-bałkańskich, które
obrazuje piosenka „Wesoły smutek”, a skończyło na coraz bardziej skromnych i spartańskich
klimatach, w których coraz mniej było tych szalonych instrumentów.
Strasznie dużo czasu zajmuje też
pisanie tekstów. Trochę zajęło mi znalezienie właściwych słów, które oddadzą
to, co chcę przekazać - trzeba naprawdę się namęczyć nad tym. Trwało to parę
lat, natomiast tak jak pierwsza piosenka zajęła mi bardzo dużo czasu, tak każda
następna już coraz mniej i mniej. Teraz jest tak, że siadam i piszę piosenkę
praktycznie od początku do końca w bardzo krótkim czasie. Pozostaje tylko kwestia,
żeby to później nagrać.
Skoro już poruszyliśmy temat tekstów, w
wywiadzie z portalem „Zakamarki audio” powiedziałeś, że trudno Ci mówić o inspiracjach
w przypadku muzyki. A jak jest z warstwą tekstową, skąd rodzą się pomysły na
słowa?
Powstają
w najprostszy chyba możliwy na świecie sposób – biorę gitarę, zaczynam sobie
grać coś, co w pewnym momencie wydaje mi się ładne, więc rozwijam sobie temat i
jednocześnie przychodzi mi do głowy melodyjka. Z tą melodyjką grają mi też
teksty i one najczęściej w ten właśnie sposób powstają. Keith Richards
powiedział w swojej biografii, że on nie układał piosenek, lecz posiadał coś w
rodzaju anteny, która sprawiała, że jako pierwszy wychwytywał melodie
przepływające przez jego pokój. Podobnie jest chyba ze mną, że ja po prostu
sobie siedzę, nagle coś mi literalnie wpada do głowy i zaczynam to kontynuować
i iść w tę stronę. Czasami jest też tak, że wymyślam sobie piosenkę i potem
siedzę i piszę tekst, jednak niezależnie od tego, wszystkie teksty są oparte
bardzo mocno na nastroju w danej chwili i na emocjach, które we mnie grają.
Powiedziałbym, że wszystkie teksty, które napisałem na tę i na następną płytę, to chyba jedne z najbardziej szczerych
tekstów, jakie można znaleźć na rynku. Po prostu wsadziłem tam to, co we
mnie grało w danym momencie, nie zastanawiając się nad tym, jak ludzie to
odbiorą i czy im się to będzie podobało. Zamiast tego skupiłem się na tym, czy
to jest to, co chcę powiedzieć, także tu nie ma ściemy kompletnie.
Wielu
ludzi, takich którzy już naprawdę osiągnęli w swoim życiu jakiś poważny sukces,
powtarzało mi: „Muzyka to są cztery
akordy i prawda – jak otworzysz swoje serce i powiesz to, co masz do
powiedzenia, to Cię ludzie będą chcieli słuchać, bo prawda jest prawdą, a nie
graniem na chwilę i dla pieniędzy”. Ja się cieszę, że nawet przez chwilę
nie myślałem o tym, czego ludzie będą chcieli słuchać, tylko co ja chcę
przekazać. Jest to więc niezwykle emocjonalna płyta i bardzo osobiste teksty.
Przejdźmy do pytania, które pewnie bardzo
interesuje Twoich dawnych fanów – co skłoniło Cię do tak radykalnej zmiany w
twórczości?
Część
mojej osobowości. Blues, muzyka folkowa, odrobina klasyki – to zawsze emanowało
ze mnie w moich gitarowych riffach. Są wśród nich takie, które można sobie
spokojnie zagrać na gitarze akustycznej. Myślę, że jest to po części zasługa
tego, że od zawsze lubiłem artystów takich jak Bob Dylan, Bob Marley, J.J.
Cale, bluesa z lat 30-tych, czy też 20-tych typu Robert Johnson czy Charlie
Patton - takie rzeczy, dzięki którym możesz cofnąć się w czasie żeby zobaczyć,
skąd się wzięła muzyka, której słuchamy współcześnie. To wszystko we mnie grało
od zawsze, szczególnie dużo bluesowych rzeczy.
Jest
to też konsekwencja tego, że postanowiłem, iż to już koniec grania muzyki w tym
konkretnym układzie, w którym byłem. Przyszło mi do głowy, że nie mam już nic
do powiedzenia, grając taką metalową rzecz. Pomyślałem, że jak nam się drogi
rozejdą, to prawdopodobnie będziemy się czuli wszyscy wolni i tak jak ja mogę
sobie zrobić coś swojego, tak być może zespół pójdzie w jakąś inną stronę,
skoro razem nam się to nie udało.
Po prostu wyzwoliłem się z pewnych okowów. Jak gra się taką muzykę, to
dla bardzo wielu fanów każde odejście w bok balansuje na cienkiej granicy
pomiędzy zdradą a eksperymentem, a ja bardzo nie lubię szufladkować i być tak
kojarzony, że gram tylko to i nic więcej. Myślę więc, że to jest ta główna
przyczyna - chciałem po prostu zrobić to, co uważałem za stosowne w danym
momencie, to co grało we mnie, zbierało się i zbierało, aż w końcu wybuchło.
Co do mocniejszych, rockowych brzmień.
Zostawiłeś je za sobą i już ich nawet nie słuchasz czy dalej są w Twoim sercu i
z chęcią do nich wracasz?
Na
pewno nie zostawiłem. Mam najnowszą płytę Black Sabbath i jestem nią
zachwycony. Fanem Black Sabbath byłem zawsze, szczególnie tych płyt kiedy Ozzy Osbourne
z nimi grał. Może nie 100% ich materiału, ale myślę, że 90% piosenek to dla
mnie cały czas rzeczy, które kładą na łopatki kiedy ich słucham, tak samo zresztą
jak Led Zeppelin. Uwielbiam tę muzykę, zostawiłem sobie oczywiście płyty
Soundgarden czy Nirvany, bo ciągle ich lubię. Nie słucham już jednak tych
cięższych brzmień typu Pantera. Już jakiś czas temu, jeszcze w Polsce, w
sklepach i komisach, lub z ludźmi zamieniałem się albumami, rozmawiając na
zasadzie:
- To ja ci dam Panterę, a ty mi daj np.
tego Boba Dylana.
-
Dobra, weź sobie, bo ja i tak nie słucham, a Panterę lubię.
Powymieniałem
to sobie na takie płyty, które mógłbym zabrać ze sobą na bezludną wyspę.
Zdecydowanie bardziej bym chciał słuchać tam Boba Dylana niż Pantery, chociaż
bardzo Panterę lubię. „St. Anger” zespołu Metallica jest cały czas dla mnie
numerem jeden, jeśli chodzi o taki klimat - uwielbiam tę płytę. Wiem, że dla
niektórych jest ciężka i niezrozumiała, ale ja ją po prostu kocham, to jest
świetna muzyka, cudowna płyta, więc jak widać nie wyrwałem się tak całkiem z
korzeniami.
Metallica - "St. Anger"
Wspominałeś już o drugiej płycie, czego
możemy się po niej spodziewać? Czy znów całkowicie zmienisz styl czy pozostaniesz
na obranej przez siebie ścieżce?
Trudno
mi powiedzieć. Jest taka zasada, którą kiedyś sobie przeczytałem i która podobno
ciągle obowiązuje – na nagranie pierwszej płyty masz całe życie, na nagranie
drugiej już tylko 12 miesięcy. Zauważyłem taką dziwną prawidłowość – większość
artystów w dzisiejszych czasach wyskakuje na rynek ze świetną pierwszą płytą,
druga jest znacznie słabsza i dopiero trzecia znowu jest fajna. Dzieje się tak
głównie, jak sądzę, z tego powodu, że pierwszą płytę robią przez ileś tam lat, a
na drugą praktycznie nie mają czasu, bo mają trasy, wywiady, próbują też to
podzielić między życie osobiste, więc powstaje ona na szybko, bo jest
zobowiązanie. Po drugiej płycie jakby przygasa zainteresowanie zespołem i w tym
momencie jego członkowie znowu mają czas na zrobienie lepszej muzyki. Ja
chciałbym mieć drugą płytę gotową, kiedy coś się wydarzy. Mam ogromną nadzieję,
że ludzie jakoś odbiorą tę muzykę i będą chcieli jej słuchać.
Druga
sprawa jest taka, że nie chce przestać robić tego, co zacząłem i co sprawia mi
tak ogromną przyjemność. Nie chcę działać tak, jak niektórzy to robią, że traktują
muzykę jak pracę, na zasadzie „nagrałem
płytę to teraz mam spokój do momentu, aż będę musiał nagrać następną”. Przez
to niektóre zespoły każą pięć lat czekają na kolejny album. Doszedłem więc do
wniosku, że będę sobie cały czas robił
te piosenki, w ten sposób one się zbierają i jest ich coraz więcej.
A czy to będzie coś innego? Jako że
niedawno, na urodziny bodajże, dostałem banjo i oszalałem na punkcie tego
instrumentu, bo jest po prostu szalony, zwariowany i bardzo fajnie mi się na
nim piosenki układa, sądzę, że na drugiej płycie może się pojawić tego banjo
sporo. Może być też tak, że przestroję sobie gitarę i będę grał na rosyjskim
stroju, co mi się też czasami przydarza. W tym przypadku jest tak, że jak
uderzysz, to masz taki specyficzny prawie akord. Oni mają tam siedem strun i to jest
w ogóle szaleństwo, co na tych gitarach wyprawiają. W każdym razie na pewno
będzie duże połączenie pomiędzy tym co jest, a tym co będzie, jednak póki co wszystkie
piosenki są tak naprawdę napisane na banjo i głos albo tylko gitarę i głos.
Teksty odgrywają w nich przeogromną
rolę, myślę, że na pewno troszeczkę zmniejszę instrumentarium, będzie
oczywiście akordeon, ale być może nie będę już wariował z sekcjami dętymi.
Zresztą trudno mi powiedzieć, trochę skromna będzie ta płyta w sensie
aranżacyjnym, ale też pewnie i dojrzalsza. Tak sądzę. Jest już nagranych parę
piosenek, tylko, że one są jeszcze w tej surowej formie, więc czekam teraz co
mi przyjdzie do głowy, jak zacznę już je aranżować. Nagle tu mi zagra
melodyjka, tam mi zagra melodyjka, pomyślę sobie: „Może to na ukulele, to na jakimś akordeonie, to na czymś” i się
zrobi znowu bogato. Na tej pierwszej płycie jakieś 50% instrumentów musiałem
wykasować, bo już sam nie mogłem tego słuchać. Było takie natężenie
aranżacyjne, że nie było w tym już miejsca na wyobraźnię, także nie wiem, jak
to będzie z drugim albumem.
Wracając jeszcze na chwilę do „Poza stadem”
– czy pierwszy singiel, „Możemy sobie gdybać” jest czytelną zapowiedzią tego,
czego możemy oczekiwać po całym albumie, czy jeszcze coś nas zaskoczy?
Myślę,
że jest kilka utworów, które zaskoczą. Jest taki utwór, który się nazywa
„Pudełeczko”. Nie ma on nic wspólnego z akustycznym graniem. Jest też piosenka,
która się nazywa „Szarowidzenie”, ona też powinna zaskoczyć. Ta płyta nie jest równa,
w tym znaczeniu, że słyszysz piosenkę i wiesz czego się spodziewać po
następnej. Myślę, że ona jest dość mocno zróżnicowana i to jest chyba jej
ogromna zaleta, aczkolwiek słychać również, że jest jedną całością. Na pewno jednak
ze 2-3 piosenki mogą w pewnym sensie zaskoczyć. „Możemy sobie gdybać” też jest
takim swego rodzaju „kwiatkiem” na tej płycie, zresztą ta wersja, która teraz
jest na VEVO jest nieco inna, niż ta podstawowa. Mam nadzieję, że płyta jest na
tyle zróżnicowana, że nie będzie się nudziła.
Siemion - "Możemy Sobie Gdybać"
Ile utworów łącznie będzie na płycie?
Na
płycie jest 9 utworów.
Albumu możemy się spodziewać w listopadzie,
tak?
Rozmawiałem z wydawcą, który chce przesunąć termin, po to
żeby jeszcze bardziej pokazać światu, że ona ma wyjść. To wszystko jest płynne,
zobaczymy czy w listopadzie czy w grudniu.
A kiedy i gdzie możemy spodziewać się
jakichś koncertów?
Będą w Polsce. Myślę, że ja przede
wszystkim nastawiam się na koncerty, bardzo bym chciał je grać. Jednak żeby móc
grać koncerty to ludzie muszą wiedzieć, że taka muzyka jest i muszą chcieć
przyjść na koncert, a żeby wiedzieć i chcieć przyjść, to ta muzyka musi być w
jakimś stopniu ludziom przedstawiona. Dopiero wtedy mogą oni zdecydować, czy im
się to podoba czy nie. Koncerty więc będą się odbywać na pewno dopiero po
jakimś takim rozpowszechnieniu wiadomości, że jest ta płyta i zobaczeniu jaki
jest oddźwięk. Żeby nie było tak, że robię koncert, a tu nikt nie przychodzi,
bo wtedy byłaby kicha.
Biorąc pod uwagę komentarze do „Możemy
sobie gdybać”, czy to na Twoim profilu na Facebooku, czy pod klipem na YouTube,
widać, że oddźwięk jest i to bardzo pozytywny. Jak to na Ciebie działa, czy
jest to motywujące czy bardziej wywiera presję, żeby następny singiel był
odebrany równie dobrze?
Jest
to bardzo motywujące, ale przede wszystkim sprawia ogromną przyjemność, bo
myślę sobie: „Kurczę, fajnie, że są
jeszcze inni ludzie, którzy w ten sposób myślą, którzy mają podobny gust
muzyczny”.
Co sądzisz o współczesnej scenie muzycznej,
przede wszystkim w Polsce. Czy ktoś zaskakuje Cię pozytywnie?
Jest
tak, że kompletnie nie mam dostępu do czegoś, co bym nazwał muzyką podziemną. Z doświadczenia wiem, że
musi się dziać coś fajnego, jednak cała masa świetnych zespołów nie ma innej
szansy funkcjonowania, jak tylko na scenie czy na żywo. Jak będą chcieli żeby
wydać im muzykę, to się trafi taki wydawca jeden z drugim, który powie: „Wiesz, ja bym wam i wydał tę płytę, bo ona
jest naprawdę fajna, ale ja muszę mieć gwarancję, że jej się sprzeda
przynajmniej z 5000 sztuk. Bo jak się nie sprzeda 5000 to mi się nie opłaca jej
wydawać, a żeby się sprzedało 5000 to słyszycie w radiu, jak trzeba grać.”
No i zespół się tym martwi i tak naprawdę nikt nie ma za bardzo szans na
wydanie.
Hip-hopowcy
poradzili sobie z tym świetnie. Oni wydają sobie muzykę sami, często
umieszczając na stronie specyfikację, dlaczego ta płyta kosztuje tyle i tyle,
żeby ludzie wiedzieli, że nie są robieni „w balona” i że jak mają zapłacić 25
zł za płytę, to ona kosztowała artystę np. 24. Ja mam wrażenie, że muzyka
hip-hopowa w Polsce, jeśli chodzi o takie rzeczy jak wydawanie, dystrybucja i
promocja płyt, wyznacza nowe ścieżki.
Ja w
ogóle miałem koncepcję, żeby moją płytę udostępnić za darmo do ściągania, ale
trochę mi to nie wyszło. Miałem na to pomysł, jednak nie mam możliwości zrobienia
jakiejkolwiek promocji, więc nie udało się tym razem, ale za którymś razem na
pewno wyjdzie. Moim marzeniem jest powiedzieć tak: „Weźcie sobie ściągnijcie piosenki za darmo i przyjdźcie na moje
koncerty, bo tego co zobaczycie czy usłyszycie lub poczujecie na koncercie, to
wam ani płyta nie da, ani nie zdobędziecie w inny sposób”. Poza tym pomyślałem sobie, że jeżeli
płyta będzie za darmo do ściągnięcia, to nikt nie będzie miał wyrzutów
sumienia, że ukradł, tylko będzie wiedział: „ja mam legalną tę płytę”.
Wracając
do tego co słyszę w radio, to bardzo mile zaskoczył mnie fakt, że na pierwszym
miejscu Listy Przebojów Programu Trzeciego był Jaromir Nohavica. Dla mnie to powód
do radości. Co do muzyki, która mnie zachwyca – ciągle jest to Hey, nie wiem
jak Myslovitz, bo ich nie słyszałem dawno, zatrzymałem się na etapie „Korova Milky
Bar”. Ja pamiętam jeszcze Myslovitz, który się nazywał The Freshman, ktoś mi
przysłał ich kasetę. Posłuchałem i z tą kasetą chodziłem po wszystkich
wytwórniach i mówiłem „wydajcie tę płytę,
jak na niej nie zarobicie, to na pewno nie stracicie”, ale nikt nie chciał
tego wydać. Wszyscy się śmiali, mówiąc „eeee,
co ty?”. Potem okazało się, że ktoś ich wreszcie wydał i że Myslovitz to
jednak fajny zespół. Sprawiło mi frajdę, że ktoś się wreszcie zreflektował. Nie
śledzę aż tak bardzo polskiej sceny muzycznej na ten moment, więc mogę tylko
mieć wrażenie, że w Polsce się trochę muzyka grunge’owa z końca lat 80-tych,
90-tych zaczyna budzić, bo słyszałem ze dwa albo trzy zespoły, które grają
grunge. Grają go oczywiście trochę inaczej, po swojemu, bo wiadomo, że to są
inne czasy, ale fajnie im to wychodzi. Gdybym miał jakieś linki do zespołów, do
ich stron, to bardzo chętnie bym tego sobie posłuchał, tylko że byłem ostatnio
tak zajęty płytą, że nawet nie miałem czasu sprawdzać, co tam w polskiej muzyce
rozrywkowej słychać.
Na koniec poprosiłem Siemiona o podrzucenie
nam kilku utworów, które byłyby zgodne z ideą chillsoundsgoodmusic, czyli takie, które bardzo lubi, a nie są powszechnie znane. Spośród listy podesłanych przez niego piosenek, wybrałem kilka, które
znajdziecie poniżej.
The Budos Band - "Ride Or Die"
Alabama Shakes - "Hold On"
CocoRosie - "Grey Oceans"
Siemionowi dziękuję za poświęcenie swojego czasu na rozmowę, która pod koniec zamieniła się w całkiem miłą pogawędkę odbiegającą od tego, co zaplanowałem na wywiad. Podziękowania należą się również Nike Recordings i Alex, dzięki uprzejmości których miałem możliwość przeprowadzenia tego "interwju". Dzięki, dzięki, dzięki :)
Zaznajomieni z chillsoundem zauważyli już pewnie, że o polskojęzyczny utwór na moim blogu ciężko. Nie bierze się to z jakichkolwiek uprzedzeń do naszej ojczystej mowy, wszak wiem, że "Polacy nie gęsi" i polski język staram się pielęgnować, jak tylko mogę. Chodzi tu raczej o jakiś specyficzny sposób brzmienia tekstów - aby jakiś utwór brzmiał dobrze po polsku musi mieć naprawdę wartościowy tekst - i nie mam tu na myśli wydumanych metafor, które przychodzą do głowy zazwyczaj o 4 nad ranem po zbyt dużej ilości "głębszych". Umówmy się - banalny tekst o miłości brzmi po prostu lepiej po angielsku niż po polsku, a o tekstowe perły w naszym kraju niestety wcale nie tak łatwo. Dlatego niezmiernie cieszę się, że na chillsounda trafia drugi, po domowych melodiach, polskojęzyczny artysta.
Piosenkę "Możemy sobie gdybać" po raz pierwszy usłyszałem w zeszły piątek, a mam dziś wrażenie, że co najmniej setka z ponad dwunastu tysięcy aktualnych wyświetleń na youtube należy do mnie. Poważnie - dawno nie słyszałem utworu, który tak bardzo wyzwalałby we mnie chęć "gwałcenia replay'a".
Siemion to Jarosław Siemienowicz, którego nazwisko może być znane przede wszystkim osobom, których muzyczna pamięć sięga dalej niż do początku trwającego millenium. Jest on jednym z założycieli Proletaryatu - rockowo-metalowej grupy, której lata świetności przypadają na lata '90 ubiegłego wieku. Do dyskografii Siemiona wliczyć należy również wydaną w 1999 roku płytę zespołu "Anioły". Dość jednak o przeszłości, skupmy się na tym, co dziś. Zastanawia mnie fakt, co skłoniło Siemiona do tak drastycznej zmiany wykonywanej przez niego muzyki - przestaję jednak o tym myśleć, słysząc w głowie tekst utworu:
"(...)czy to by coś zmieniło,
jeśli dowiemy tego się?"
Zostawiam więc przyczyny artystycznej przemiany, która sprawiła, że utwór zapowiadający debiutancką płytę Siemiona, jest jednym z najlepszych przykładów połączenia tradycyjnego folku ze współczesnym popem, jaki miałem przyjemność słyszeć - i to nie tylko wśród rodzimych wykonawców. Niesamowicie pozytywne i optymistyczne brzmienie utworu sprawia, że czaruje on już od pierwszego przesłuchania, a napisany z delikatnym przymrużeniem oka i jednocześnie skłaniający do refleksji tekst, to dowód na to, że nie potrzeba maestrii Nosowskiej (nic Kasi nie umniejszając), by zaprezentować liryczny majstersztyk.
Swoistą "wisienką na torcie" jest pojawiający się pomiędzy zwrotkami wokalny sampel, którego największym plusem jest to, iż jest na tyle niewyraźny, że pozostawia szerokie pole do interpretacji. Wystarczy powiedzieć, że w trakcie luźnych rozmów ze znajomymi o utworze, pojawił się szereg propozycji na to, jak brzmi powtarzający się tekst: od gangstersko-bronxowego "Trap In Tha Hood", po zdecydowanie bardziej swojsko brzmiące "czapki do góry" :)
"Możemy sobie gdybać" zwiastuje debiutancki album Siemiona pt. "Poza stadem", który ukaże się nakładem wytwórni Nike Recordings. Mógłbym o tym utworze pisać jeszcze godzinami - że warto zwrócić uwagę na teledysk, który jest zlepkiem wakacyjnych klipów fanów, że utwór dotarł już do 2. miejsca folkowej listy ReverbNation, ale po co?
Tym razem wpis będzie trochę inny niż to, do czego Was na chillsoundzie przyzwyczaiłem. Stwierdziłem jednak, że od czasu do czasu powinienem również wylać tu swe żale i podzielić się z Wami różnymi opiniami na okołomuzyczne tematy, a odrobina publicystyki zawsze się przyda.
Jesteśmy świeżo po dwóch, dość ważnych dla polskiej kultury muzycznej festiwalach - mowa o sopockich TOPtrendach i zdecydowanie mi bliższym, bo odbywającym się w Opolu, Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej. Jako, że w Opolu żyję i studiuję, skupię się przede wszystkim na tym drugim. Od dawna wiadome było, że tegoroczna edycja będzie wydarzeniem ważnym - festiwal obchodził w końcu swój jubileusz - w tym roku odbył się po raz 50. Z tej okazji powróciła trzydniowa formuła festiwalu, a spora jego część poświęcona była wspominkom z dawnych lat i gwiazdom, które m.in. właśnie opolski festiwal wypromował.
Nie mogę przyczepić się do trzeciego dnia festiwalu, podczas którego odbyła się gala jubileuszowa. Koncert ten był dokładnie taki, jaki miał być - na scenie wystąpiły prawdziwe ikony polskiej muzyki, takie jak Irena Santor, Krystyna Prońko, Alicja Majewska, Stan Borys czy Małgorzata Ostrowska. I choć wepchnięcie pomiędzy takie osobowości zespołu Feel uważam za lekki zgrzyt, całość oceniam zdecydowanie na plus.
Człowiek jednak z natury czepiać się lubi, dlatego zdecydowanie więcej miejsca poświęcę na koncert otwierający festiwal, czyli SuperPremiery. Na pierwszy ogień poszła znana z biograficznego serialu o Annie German Joanna Moro, która w widowiskowy wręcz sposób okaleczyła piosenkę legendy, w którą się wcielała. Moro niemiłosiernie fałszując, wykonała utwór "Człowieczy los". Wyśpiewała go tak źle, że sama wiedząc, iż coś poszło nie tak, przeprosiła zebraną w amfiteatrze i przed telewizorami publiczność. Ciężko jednak wymagać od aktorki idealnego występu wokalnego, na karę ciężkiej chłosty skazałbym natomiast osobę odpowiedzialną za pomysł, że festiwal otwierać będzie osoba, która nie dość, że nie ma zawodowego doświadczenia muzycznego, to jeszcze w zasadzie na scenie muzycznej debiutuje. No ale cóż, pierwsza porażka zaliczona, oglądamy dalej. W koncercie SuperPremier udział wzięło dziesięcioro uczestników. Poziom wokalny nie był zły, a na scenie zaprezentowały się zarówno osoby lubiane i kojarzone przez większą publiczność (Golec uOrkiestra, Olga Bończyk), jak i mniej znana Kasha Stashka Stasiak. Pooglądałem, wybrałem swoich faworytów, aż w końcu przyszedł czas na wyniki. Miałem stuprocentową pewność, że najlepsze według mnie osoby nie zwyciężą w głosowaniu telewidzów. Tak już jest w naszym kraju, że ludzie nie głosują na tego, kto był najlepszy, lecz na tego, kogo najbardziej lubią/najdłużej znają. W ten sposób wygrał utwór "Młody Maj" zespołu Golec uOrkiestra. "Na szczęście będzie też nagroda radiowej jedynki." - pomyślałem - "Tu raczej wygra ktoś ambitniejszy". I co? I gówno! Kolejna nagroda powędrowała w ręce braci Golców, tak samo zresztą laur przyznawany przez TVP Polonia. Ostatnim trofeum była nagroda czytelników Super Expressu - tu dużego zaskoczenia nie było - znając docelową grupę, do której trafia gazeta, można było przewidzieć, że wygra Honorata Honey Skarbek. Swoją drogą - świetna premiera, skoro piosenka od kilku tygodni wałkowana jest przez większość stacji radiowych w Polsce. Oglądałem to trochę zdumiony. Nie, żebym miał coś do utworu braci Golców, zresztą to nieszczęsne "Nie powiem jak" Honey też nie jest tak tragiczne, ale cholera jasna, mówimy o festiwalu, który kiedyś wyznaczał trendy w polskiej muzyce i był klasą samą w sobie. Naprawdę nie wiem, jak można porównywać te dwa przyjemne, lecz muzycznie przeciętne utwory, do naprawdę świeżych, innych i ciekawych propozycji, jakie zaserwowały nam Natalia Przybysz i znany z polsatowskiego "Must Be The Music" zespół MoMo, którego utwór "Od dzisiaj" brzmiał według mnie jeszcze lepiej na żywo, niż w wersji studyjnej. Według mnie, to jedyne utwory, które były godne tytułu SuperPremiery, dlatego zachęcam do przesłuchania:
MoMo - "Od Dzisiaj"
Natalia 'Natu' Przybysz - "Niebieski"
Sęk w tym, że oba utwory, zarówno w warstwie muzycznej, jak i tekstowej, prezentują sobą coś więcej niż lekkie, przyjemne tracki, przy których możemy sprzątać mieszkanie i potupać nóżką, ale chyba od tego mamy festiwale, by właśnie takie, ambitniejsze piosenki ludziom prezentować.
Po SuperPremierach przyszła kolej na SuperDebiuty. Debiutanci mieli w tym roku ułatwione zadanie, gdyż nie musieli prezentować swoich utworów. Z racji jubileuszu mieli oni do dyspozycji cały dorobek muzyczny Maryli Rodowicz, jedynym wyzwaniem było więc przygotowanie mistrzowskiej interpretacji - zachowującej wartość oryginału, a jednocześnie wnoszącej do utworu coś nowego. Z ulgą mogę jednak powiedzieć, że był to koncert zdecydowanie udany. Wokalnie wszyscy dali radę, również interpretacje w większości były dobre. Jedyny negatywny popis dał według mnie Tomasz Korpanty. Bo jak, do cholery, można "Łatwopalnych" - piosenkę traktującą o przemijaniu i śmierci - śpiewać "hopsając" sobie po scenie i z uśmiechem. W widowiskowy sposób spieprzył wspaniałą piosenkę. Pozostałym wykonawcom nie mam nic do zarzucenia, choć od samego początku wiadome było, że wygrana może należeć tylko do jednej osoby. Natalia Sikora - odkrycie i zjawisko tegorocznej edycji "The Voice Of Poland" nie dała szans swoim konkurentom, zarówno jeżeli chodzi o wokal i interpretację, jak i popularność, którą przecież dziewczyna ma bardzo dużą, dlatego podejrzewam, że w głosowaniu sms-owym miała ogromną przewagę. Muszę jednak przyznać, że Marta Podulka wraz ze swoim zespołem niespodziewanie deptała Natalii po piętach - jej wykonanie utworu "Dobranoc, panowie" również oceniłbym bardzo wysoko. Laur przypadł jednak fenomenalnej Sikorze, która zachwyciła swoją interpretacją "Koni":
Drugi dzień festiwalu to rozdanie SuperJedynek - żeby niepotrzebnie nie przeciągać tego tekstu, powiem tylko tyle - do nagrody SuperArtystka nominowanych było pięć osób: fenomenalna Brodka, trzymająca stały, dobry poziom Ania Dąbrowska, kontrowersyjna, lecz świetna Maria Peszek, atakująca z każdego głośnika, śpiewająca typowe pierdółki dla nastolatek Jula i uczestniczka przedostatniej edycji XFactor'a - Ewelina Lisowska. W mojej opinii - trzy artystki, dwie raczkujące wokalistki. Kto przeszedł do ścisłego finału? Oczywiście, Ewelina Lisowska i Jula. Tyle dobrego, że wygrała Lisowska, której piosenki uważam jednak za lepsze od tego, co prezentuje Jula. Ale nazywanie dziewczyny, która debiutancki album wydała około miesiąca wcześniej SuperArtystką roku jest dla mnie gigantyczną przesadą, szczególnie gdy w szranki stanęła z Brodką i Peszek. Jedyna nagroda, w której nominowane były naprawdę same dobre osoby, czyli SuperAlbum (Andrus, Bednarek, Peszek, Dąbrowska, Hey), z przyczyn niezależnych od TVP nie została przyznana. BRAWO!
Jeszcze odrobinka o konkurencyjnych TOPtrendach. Na koncercie TOP występują artyści, którzy sprzedali najwięcej płyt w ubiegłym roku, w tym przypadku nie ma się więc o co czepiać. Co do trendów natomiast, po pierwsze: kto wpuścił tam Karolaka ze swoim zespołem??? Fałsz na fałszu, uciekłem sprzed telewizora, żeby papierosem uspokoić skołatane nerwy i więdnące uszy. Nie wiem, czy organizatorzy myśleli, że nazwisko znanego aktora przyciągnie więcej widzów, czy Karolak zwyczajnie dał komuś w łapę, bo nie wierzę, że dostał się na festiwal dzięki umiejętnościom wokalnym. Zwycięzcą trendów został Sebastian Riedel z zespołem Cree. Ich bluesowy track był dobry, lecz sądzę, że zadziałał sentyment do jego ojca, nieodżałowanego lidera Dżemu. Moi faworyci? Po raz kolejny - Natalia Przybysz (uff, otrzymała nagrodę jury), indie rockowy zespół Uniqplan (niestety, niedoceniony przez nikogo) oraz projekt aktora, Arka Jakubika - Dr Misio, który wydaje się czymś więcej niż typowym dla naszego kraju widzimisię aktora pt. "aaaa, nagram se płytę". Check it:
Uniqplan - "This Makes Sense"
Dr Misio - "Mentolowe Papierosy"
A jaka z tego wszystkiego konkluzja? Że bardzo dużo Polaków do nowej, ambitnej fali muzycznej po prostu nie dojrzało. Wolą kisić się w swojej zaściankowości i słuchać przeciętnych, łatwych, przyjemnych utworów. I dobrze, nie mam nic przeciwko temu. Wkurza mnie tylko to, że festiwale, które powinny promować muzykę ambitną, kompletnie ją olewają, przez co zasługują co najwyżej na miano festynów. Bo jak widać, mamy w Polsce muzyków, którzy potrafią robić coś innego, ciekawego, intrygującego, ambitnego, stojącego na światowym poziomie. Wystarczy wspomnieć wykonawców opisywanych przeze mnie - domowe melodie czy Ifi Ude. Takie osoby jednak występują na prawdziwych polskich festiwalach, tych przez duże "F", jak Open'er, Orange Warsaw Festival czy Coke Live. I tam właśnie zapraszam wielbicieli dobrej muzyki, bo jeżeli wybieracie się do Opola, to zdecydowanie taniej wyjdzie Wam wyjazd na pobliskie dożynki. A odczucia muzyczne będziecie mieli podobne. Na sam koniec jeszcze kilka tegorocznych przykładów na to, że Polacy dobrą muzykę robić potrafią:
domowe melodie to projekt, o którym mówią ostatnio wszyscy, wszyscy też ich znają, niedługo zagrają zresztą na Open'erze, nie ma więc sensu, bym pisał o nich również na chillsoundzie... STOP!!! Skoro znają ich wszyscy, to dlaczego połowa moich znajomych w luźnych rozmowach przyznaje się, że o domowych melodiach nawet nie słyszała? Oznacza to więc, że na pewno kilka kolejnych słów o tej grupie nikomu nie zaszkodzi.
domowe melodie to, jak możemy wyczytać na facebook'owym fanpage'u grupy "projekt kilkunastu własnoręcznie nabazgranych i skomponowanych piosenek. W domu. Razem z płaczem, spalonym garnkiem, gorączką i dziurawą skarpetą." Jest to przedsięwzięcie Justyny Chowaniak, która gdzieś na swojej życiowej drodze natknęła się na muzyków - Staszka Czyżewskiego i Kubę Dykierta. Wspólnie zaczęli nagrywać, a wszystko sposobami "domowymi". W domowy sposób nagrywali utwory, teledyski, aż w końcu nagrali płytę.
Czym urzekają nas domowe melodie? Przede wszystkim prawdą i szczerością. Oglądając klipy i słuchając ich utworów automatycznie czujemy sympatię do wszystkich członków zespołu, wierzymy im i "kupujemy ich" w ciemno. Teksty piosenek, choć w większości przesiąknięte poczuciem humoru, nie są wcale banalne i niejednokrotnie dotykają problemów, których większość artystów boi się poruszać. Muzycy są zgrani, a wokal Justyny jest naprawdę dobry i wszechstronny. W dodatku dziewczyna z profilu nieustannie przypomina mi Lady Gagę. I tak wielkiej kariery, jaką osiągnęła Gaga, im życzę. Bo wiem, że wcale nie będą musieli do tego używać sukienki z mięsa - wystarczy im muzyka i autentyczność.
Uwielbiam to uczucie, gdy odkrywam, że w naszym kraju istnieje zespół, o którym wcześniej nie miałem zielonego pojęcia, co więcej - zespół, którego muzyka w swoim gatunku mogłaby bez problemu konkurować z zagranicznymi produkcjami, co niestety nadal jest u nas rzadkim zjawiskiem. Trochę wstyd, że wcześniej o nich nie słyszałem, gdyż Wolfgang In A Truck mają na swoim koncie już dwie EP-ki i jeden singiel, na szczęście na dobrą muzykę nigdy nie jest za późno.
Utwór "Malibu" to zapowiedź debiutanckiego longplaya, nad którym sześcioosobowy zespół aktualnie pracuje. Jest to synth-popowa propozycja, która wydaje się idealnym tłem dla zbliżających się wakacji. Cieszy mnie to tym bardziej, że nadal ciężko w Polsce o dobrą muzykę w tych klimatach, dlatego za grupę Wolfgang In A Truck trzymam mocno kciuki. Słuchając "Malibu" nieustannie do głowy przychodzi mi inny, w połowie polski band - The KDMS, a uczucie to pogłębia jeszcze teledysk. Jako, że The KDMS to jeden z moich ulubionych zespołów mających polskie korzenie, jest to bardzo duży komplement. Czekam na więcej!
Wybór zdecydowanie kontrowersyjny, bo ciężko nazwać klasykiem utwory pochodzące z płyty, która nie ma nawet jeszcze całego roku. Jestem jednak świeżo po koncercie Moniki w opolskim amfiteatrze i po raz kolejny wywarła ona na mnie cholernie wielkie wrażenie, przez co stwierdziłem, że o Brodce napisać po prostu muszę. Zresztą nawet jeśli utwory te na miano klasyków jeszcze nie zasługują, to przynajmniej w mojej opinii, za kilka lat na pewno już nimi będą.
Obie piosenki pochodzą z EP-ki Brodki pt. "LAX", obie zostały wybrane na promujące ją single, obie trzymają niesamowicie wysoki, powiedziałbym nawet, że światowy poziom, co nie powinno dziwić, gdyż minialbum nagrany został w studiu Red Bulla w Los Angeles. "Varsovie" to track doceniony zarówno przez krytykę, jak i publiczność, dzięki czemu z pewnością nazwać można go jednym z hiciorów ubiegłego lata, a "Dancing Shoes" zremiksowany przez chłopaków z Kamp!, choć cieszył się może trochę mniejszą popularnością w stacjach radiowych, jest nagraniem równie wybitnym.
Co do samej wokalistki, wczorajszym koncertem udowodniła, że jest jednym z najmocniejszych punktów polskiej sceny muzycznej, nie boi się eksperymentować i cały czas się rozwija. Brodka brzdękała wczoraj na gitarze, wokalnie dawała z siebie wszystko, a ostatni utwór, zagrany na bis remix "Dancing Shoes", w którym trochę zapożyczone było z "kampowej" wersji, a trochę wynikało z kreatywności Moniki, totalnie powalił mnie na łopatki. Krótki, dubstepowy moment utwierdził mnie w przekonaniu, że Brodka może odnaleźć się w zasadzie w każdym gatunku. Czekam na kolejny koncert, czekam na jej następny longplay, a żeby sobie to osłodzić, przesłuchuję "LAX" po raz kolejny. Wam również to polecam.
Fajnie zaczynać dzień od dobrej muzyki. Jeszcze lepiej, gdy ta muzyka jest polska. Funkowo-soulowe klimaty są mi bliskie w zasadzie od zawsze, a jak dla mnie, muzyki z tego gatunku nadal mamy w kraju zdecydowanie za mało. Z przyjemnością więc słucham debiutanckiego utworu nowej, rodzimej grupy The Fuse. Na zespół składa się kilku doświadczonych już muzyków, oraz grono równie utalentowanych debiutantów.
The Fuse wydali niedawno swoją debiutancką EP-kę, którą zdobyć możecie m.in. na portalu Allegro. Minialbum promowany jest utworem "Coffee & Cigarettes". Tytuł od razu nasunął mi skojarzenia z trackiem "Cisza, ja i czas" grupy Hey, na szczęście (choć grupę Nosowskiej uwielbiam), klimatycznie okazał się czymś zupełnie innym. Członkowie The Fuse, jak sami mówią, są zafascynowani groove'em oraz funkiem w stylu lat '70, co w debiutanckim tracku jak najbardziej słychać. Czuć ten fajny "feeling", zarówno w muzyce, jak i ciepłym, przyjemnym wokalu Agnieszki Sieńkowskiej. Polecam mieć ich na oku i czekać na dalsze produkcje. Oby więcej takiej muzyki na naszym rynku!
Kilka dni temu pisałem o Ifi Ude - bardzo dobrze zapowiadającej się polskiej artystce. Jeżeli pominęliście ten post, znajdziecie go tu. Ifi umiejętnie podgrzewa atmosferę przed wydaniem debiutanckiego albumu. Gdy o niej usłyszałem, znałem tylko trzy jej utwory - ten z występu w "Must Be The Music", debiutancki "My Baby Gone" oraz zwiastun tracku "ArkTika". Trailer utworu został umieszczony na portalu youtube ponad rok temu. Trzeba przyznać, że na premierę całej piosenki musieliśmy trochę poczekać. Jako, że artystka sama finansuje produkcję płyty oraz teledysków, jest to jak najbardziej zrozumiałe. Dwa dni temu Ifi podzieliła się ze światem pełną wersją "ArkTiki" i trzeba przyznać, że było na co czekać. Utwór idealnie wpasowuje się w jej wcześniejszą twórczość, utrzymując electro-popowy charakter.
Ifi Ude udowadnia tym kawałkiem, że potrzeba nam takiej osoby na polskiej scenie muzycznej. Jej natomiast potrzeba jeszcze niecałych 5 000 zł, na zebranie których pozostały cztery dni. Dlatego jeżeli się podoba, podsyłajcie i udostępniajcie poniższy link, gdzie tylko możecie: http://www.beesfund.com/projekty/pokaz/127,ifi-ude---debut-album.
Karierę Ifi obserwuję już od dawna, nadarzyła się jednak idealna okazja do napisania o niej na chillsoundzie, o tym jednak pod koniec. Na początku skupmy się na samej Ifi.
Dziewczyna naprawdę nazywa się Diana Ifeoma Ude, a urodziła się w Nigerii w plemieniu Ibo. Do Polski przyleciała, gdy miała 3,5 roku, dzięki czemu to właśnie u nas rozkwita jej talent. Dowiedziałem się o niej, jak zapewne większość rodaków, dopiero po jej występie w trzeciej edycji polsatowskiego talent-show "Must Be The Music". Ifi dotarła tam do półfinału, w którym w zjawiskowy sposób wykonała autorski utwór "Fala". Według mnie i według jury była w tym odcinku najlepsza, los jednak chciał inaczej i Ude do finału nie trafiła.
Kilka miesięcy po tym, miałem przyjemność posłuchać Ifi na żywo. W Opolu, w którym Ifi mieszkała aż do 2005 roku i z którym również ja jestem związany, odbywał się PandaArt Festival, na którym wokalistka była główną gwiazdą. Pamiętam to jak dziś, Ifi miała zagrać o 1:00, jednak jak to zwykle bywa, wszystko się poprzesuwało. Z każdym kolejnym artystą było coraz zimniej, a ludzi ubywało. Ja jednak wraz z grupką przyjaciół czekałem do końca. Około 2 w nocy na scenie pojawiła się drobniutka Ifi. Zagrała bardzo dobry koncert, jednak to co zapadło mi w pamięci najbardziej, to fakt, że dziewczyna sprawia wrażenie niesamowicie sympatycznej. Podczas kilku pierwszych utworów, wokal Ifi był zdecydowanie zbyt cichy, w stosunku do reszty instrumentów. Publiczność krzyknęła więc "Ifi! Wokal głośniej!", na co ona zareagowała z uśmiechem na twarzy, prosząc o podgłośnienie.
Muzycznie Ifi porusza się po wielu gatunkach, z zasady łącząc jednak to, co z braku lepszego określenia nazwałbym "tradycyjną muzyką", ze swoimi korzeniami, a więc afrykańską kulturą i tamtejszymi brzmieniami. Ifi lubi też klubowe rytmy, co pokazała wspomnianą już "Falą" (niesamowity potencjał na radiowy hit), z równie wielką wprawą radzi sobie jednak w wolniejszych utworach, gdzie jako przykład podać mogę spokojną, eteryczną "Wełnę". Pierwszym singlem Ifi jest jednak utwór "My Baby Gone". Bardzo dobra produkcja i do tego równie dobry teledysk, stworzony przez Siostry Bui, z którymi Ifi często współpracuje. Sprawdźcie:
Na początku posta wspomniałem, że nadarzyła się idealna okazja do napisania o Ifi. O co chodzi? Wokalistka wciąż próbuje spełnić marzenie, którym jest wydanie debiutanckiego longplay'a. Jako że do wydania płyty potrzebne jest wsparcie wytwórni, która często odbiera artystom niezależność, lub duża ilość kasy, Ifi zdecydowała się na ryzykowny krok - w wydaniu albumu mogą jej pomóc fani. Artystka zorganizowała akcję na stronie Beesfund, gdzie można wpłacić określone kwoty, które zostaną przeznaczone na jej debiutancki album. Oczywiście wpłaty takie wiążą się z określonymi przywilejami, np. po wpłaceniu 25 zł ma się pewność otrzymania cyfrowej wersji albumu. Nadchodzą Święta, jest więc idealna okazja do zrobienia prezentu wokalistce. Ifi otrzyma pieniądze tylko wtedy, gdy osiągnięta zostanie suma 25 000 zł. Akcja trwa do 8 kwietnia, a udział w niej możecie wziąć tu.
Ten post piszę w zasadzie z podwójną przyjemnością, ponieważ oprócz oczywistej satysfakcji płynącej ze słuchania ich muzyki, niezmiernie cieszy mnie fakt, że projekt, który opisuję jest na wskroś polski. W skład xxanaxx (stylizowanego na XX▲N▲XX) wchodzą dwie osoby: wokalistka Klaudia Szafrańska oraz producent Michał Wasilewski.
19-letnią Klaudię kojarzyć możecie z występów w II edycji X Factora. Młodziutka dziewczyna zwróciła na siebie uwagę swoją interpretacją utworu "Animal", który oryginalnie wykonuje Miike Snow. Klaudia dotarła aż do domów jurorskich, gdzie znalazła się w grupie Tatiany Okupnik, odpadła jednak z programu tuż przed wyborem finałowej dziewiątki. Na szczęście jej przygoda z muzyką nie zakończyła się po występie w TVN-owskim talent show.
Występ Klaudii na castingu do programu X Factor:
Po opadnięciu emocji związanych z programem Klaudia rozpoczęła poszukiwania producenta. Przypadek chciał, że w tym samym momencie wokalistki poszukiwał związany również z Projektem NOD Michał Wasilewski, znany także pod pseudonimami Voo oraz Lance Flare. Ponoć do podjęcia decyzji o współpracy wystarczyło im tylko jedno spotkanie. Wspólna pasja, jaką jest muzyka elektroniczna, zaowocowała powstaniem dwóch, pełnych analogowych dźwięków i głębokich basów singli. Aktualnie duet pracuje intensywnie nad pierwszym longplay'em, a oczekiwanie na niego umilać ma nam słuchanie utworów "Disappear" oraz "Hurt Me"